Pokazywanie postów oznaczonych etykietą luhan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą luhan. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 kwietnia 2014

Lost Innocence - PROLOG

cr: @sehunalke
Lost Innocence
Główni bohaterowie: Xi Luhan x Kim Jongin
{KaiLu}
Rok 2101.
Wojna.
Czasy bitwy o niepodległość, o wolność, o przyjaźń, o poszanowanie, o zachowanie człowieczeństwa, o prawa do życia, prawo do radości, prawo do szczęścia.
~*~

Wszystko wydawało się walać na głowę, każdy budynek trząsł się pod napływem kolejnych strzałów i wybuchów. Jongin ogarniał wszystko wystraszonym wzrokiem, próbując ignorować niebezpieczne huki obok siebie. W pewnym momencie ktoś rzucił się na niego, przytwierdzając do brudnej, przesiąkniętej krwią ziemi. Zdążył tylko obrócić głowę, aby spostrzec, że kilka metrów od niego wybucha kolejny strzał, zostawiając po sobie tylko głęboki dół. Zaraz podpełzł pod przewrócony do góry nogami samochód, spalony na popiół. Do jego nozdrzy dobiegł swąd spalonego ciała i z obrzydzeniem spojrzał na przygniecione masywną maszyną ciało młodego chłopaka, prawdopodobnie w zbliżonym do niego wieku. Gdyby miał czas, zapewne zacząłby płakać nad nieszczęśliwym życiem, jakie ich spotkało. Nikt nie spodziewał się, że przyjdzie im żyć w takich czasach i walczyć o to, aby poczucie człowieczeństwa nie zniknęło zupełnie wśród pędzącej do przodu technologii. Człowiek sam doprowadził do swojego upadku, co było jego największą porażką. 
Kto by pomyślał, że rok 2101 będzie jeszcze bardziej zacofany niż 2001, sto lat wcześniej? Każdy spodziewał się poprawy technologii, postępu nauki i polepszenia warunków życia. Tymczasem wszystko staczało się pomału na dół, gdzie ludzie nie robili żadnych kroków do przodu. Cofali się, cholernie się cofali, w przerażającym tempie zatracając się daleko w tyle. Rok 2101 nie przyniósł niczego nowego poza kolejną wojną, kolejnym straconym pokoleniem i  milionem niepotrzebnych ofiar. Nikt nie wiedział, o co się bije. Wychodzono na dwór, wychodzono w szaleńczy wir bitew, patrząc, jak twój kolejny kolega pada pod pociskami, a wokół niego roztacza się krwista, brudna plama resztek życia. 
-Jongin! 
Chłopak podniósł głowę i zobaczył obok wysokiego bruneta, który biegł w jego stronę. Wyciągnął rękę i złapał za pozostałości ubrań, ciągnąc go do siebie. Chłopak zwalił się na ziemię, zaraz kładąc obok Jongina. Próbował złapać oddech, przymykając powieki i przykładając zaciśnięte w pięści dłonie do oczu, leżąc chwilę w bezruchu. W końcu spojrzał na niego, przygryzając dolną wargę. 
-Co się dzieje? – zapytał spokojnym tonem Jongin, jak gdyby nic się nie działo, a wszystko pozostało w codziennej, spokojnej monotonni. Był opanowany, niewątpliwie radził sobie na froncie najlepiej z całej grupy młodych szeregów, jakie królowały w tym mieście, walcząc tym samym z zaborcą. Nie poddali się i nie pozwolili, aby słuch o nich, o ich kulturze i ich język wyginął bezpowrotnie. Bez zastanowienia rzucili cały dobytek, stając w bazach, biorąc broń do ręki i deklarując się o walkę, o walkę za innych, często obcych, acz jednocześnie tak bliskich…
-Znaleźli ich. – powiedział tylko brunet, z wielkim bólem w głosie, tak wielkim, że Jongin wyczuł go od razu. Otworzył szerzej oczy, rozchylając zdumiony wargi. 
-N-ni…
-Znaleźli ich. Musimy ich rat…
-Nie. 
Jongin podniósł się, szybko rozglądając. Wziął do ręki granat i wyciągnął zębami zatyczkę, rzucając go w najbliższą maszynę. Rozległ się głośny huk, a następnie przekleństwa w obcym języku. Pobiegł przed siebie, kryjąc się w dołach i za przewróconymi samochodami, resztkami budynków i tego, co wydawało się być kiedyś normalne. Wpadł między ciasne uliczki, wspinając się po schodach, aż trafił na główną ulicę. Spojrzał na rynek, zaciskając wargi w wąską linię. Jego oczom ukazał się duży pojazd, na kształt przypominający helikopter, chociaż wiedział, że helikopter to nie jest. Jego śmigła wytwarzały bolesny ryk, drażniąco kłujący uszy, dając tym samym o sobie znać na pół zniszczonego miasta. Zobaczył żołnierzy w białych kostiumach, pakujących do środka drobnych, chudych i młodych ludzi. Wyszukiwał wśród niż blond czupryny, modląc się w duchu, aby to jednak nie okazała się prawda. Przykucnął w miejscu, składając dłonie jak do modlitwy, przykładając je do niebezpiecznie drgających warg. W końcu oddech mu się urwał, a on sam jak gdyby zatracił poczucie całego świata wokół. Widział tylko jedną twarz, teoretycznie opanowaną, z przeciągłą raną przez cały policzek. Tępo gapiła się przed siebie, a jego ręce bezwładnie zwisały przed nim, skute przez elektryczne kajdanki. Jego ciało co chwila przeszywał dreszcz, zapewne skutek kajdanek. Lewe ramię chłopaka rzucało się w oczy przez swoją szkarłatną barwę świeżej krwi, przemieszanej z tą zeschniętą. Widocznie kulał, a także krzywił się przy każdym kroku. Jeden z żołnierzy krzyknął coś, uderzając chłopaka batem, przez co się skulił się na moment. 
-SZYBCIEJ. KURWA, CO SIĘ TAK RUSZACIE?! SZYBCIEJ, KURWA, SZYBCIEJ, JESTEŚCIE NIC NIEWARTYM GÓWNEM, NIKT WAS NIE URATUJE. 
Jongin przymknął na chwilę oczy. 
Niech to będzie sen. 
Niech to nie będzie prawda. 
-Kto tu jest? 
Podniósł gwałtownie głowę, odwracając ją w kierunku dobiegającego głosu. Automatycznie jego ręka powędrowała do kieszeni, zaciskając palce na pistolecie. Wyciągnął go niespiesznie, wciąż pozostając bez ruchu. 
-Kim jesteś? – zapytał jeden z żołnierzy, mrużąc oczy. – To jeden ze zdrajców. – dodał po chwili, mówiąc do swojego towarzysza. Tamten skierował ku niemu karabin, unosząc zadziornie kąciki ust. 
-Czy to ważne kto to jest? – zaśmiał się, na co Jongin uśmiechnął się, kłaniając sztucznie. 
-Jestem Kim Jongin. – powiedział spokojnie, wstając pomału i otrzepując teatralnie ubranie, wciąż trzymając rękę w kieszeni. 
-W imieniu prawa, Kim Jonginie, skazuję się na… 
Rozległ się huk. 
Chłopak oparł się o ścianę, kręcąc głową z powątpiewaniem, spoglądając na martwe ciała przed sobą. Westchnął głośno, wracając pomiędzy budynki, na wąską uliczkę, ciężko stawiając przed siebie kroki. 
-Jestem Kim Jongin. – mruknął, unosząc wzrok. – I przysięgam zabić tysiąc ludzi za jedną, którą mi zabraliście.

środa, 4 grudnia 2013

Gentleness - HunHan oneshot

TYP: Oneshot {fluff}
SŁÓW: ~1200

BOHATEROWIE: Lu Han, Oh Se-Hun [EXO]
*** 
Luhan usłyszał ciche pukanie do pokoju. Zerwał się natychmiast, aby wpuścić Sehuna do środka. 
-No nareszcie. - syknął Luhan. Zamknął bezszelestnie pomieszczenie na klucz, aby nikt powołany tu nie wszedł. Ta noc była dedykowana tylko jednej osobie, a ona obecnie już się pojawiła. 
-To nie takie proste. - skrzywił się Sehun ściągając przeciwsłoneczne okulary i kaptur. 
- Dlaczego to zawsze ja muszę wymykać się do ciebie a nie na odwrót? - wydął usta maknae. 
-Jeżeli coś ci nie pasuje możesz wyjść. - odpowiedział chłodno Luhan. 
-Chciałbyś tego? - spytał zdumiony Sehun. Luhan podszedł do chłopaka, przytulając go mocno. 
-Nigdy w życiu, Hunnie. - wyszeptał. Sehun pocałował go delikatnie w czubek głowy, na co Luhan zachichotał cicho. W końcu odsunął się i poszedł do torby wyciągając dwie puszki napoju, podczas gdy Sehun ściągał bluzę. Rzucił jedną swojemu przyjacielowi, a drugą odtworzył z przyjemnym sykiem. Wziął łyk, po czym odstawił picie na stolik nocny. Usiadł niewinnie na łóżku, zachęcając do tego samego Sehuna. Tamten uśmiechnął się tylko i podążył za Luhanem. 
-Ciężko było tu przyjść? - zapytał Luhan kładąc głowę na kolanach Sehuna. Poczuł jak ciepła dłoń bawi się jego włosami. Zadrżał pod wpływem tego dotyku, więc odwrócił się na plecy, tak, aby dokładnie widzieć twarz maknae i złączył ich dłonie w delikatnym uścisku. Promienny uśmiech zawładnął ciałem Luhana. Ogarnęła go fala radości, cały wrzał w środku, jakby się w nim coś gotowało. Ujął twarz Sehuna, poprawił odstający kosmyk różnobarwnych włosów chłopaka. Następnie złapał lewą ręką koszulę Sehuna przyciągając go do siebie, a także jednocześnie zwinnie odpinając guziki. Gdy górna część odzieży najmłodszego znalazła się w innym miejscu niż w którym znajdowała się z początku, Luhan lekko zaczął wodzić palcem po szczupłym ciele Sehuna,  pieszcząc je i zadowalając delikatnym dotykiem.
Minęło kilka sekund zanim złączyli usta w jedność. Sehun zawsze obchodził się z Luhanem jak z porcelanową lalką, nader wrażliwą. Ujął plecy blondyna i przewrócił tak, że ten znalazł się pod nim. Nie odrywając się od niego zaczął jedną ręką majstrować przy rozporku Luhana, lecz on powstrzymał go stanowczym ruchem dłoni. Odwrócił głowę w bok. 
-Nie chcę, Hunnie. - wyszeptał, a ten bezsłownie się zgodził. Wodził ustami po szyi chłopaka, przez co z ust blondyna wydał się cichy jęk. Objął ramionami Sehuna, podnosząc się lekko, a ten zaś prędko przeniósł się do pozycji siedzącej pociągając go za sobą. Obaj styknęli się czołami trzymając się za ręce. 
-Zawsze musisz mi to robić? - uśmiechnął się Sehun. 
-Przepraszam, Hunnie. Wiesz, że cię kocham, prawda? - odparł blondyn, lekko muskając usta maknae. 
-Nie wiem. Pokażesz mi to? - spytał zadziornie najmłodszy. Luhan westchnął, odsunął się od chłopaka i ściągnął koszulkę. Wstał na łóżku, po czym zdjął także spodnie. Sehun jęknął. Chciał ponownie zjednoczyć się z Luhanem, stać się piękną, dopełniającą się wzajemnie całością, lecz ten mu nie pozwolił. Pomału przybliżył się do Sehuna, jedną dłonią przytrzymując jego twarz aby wciąż patrzeć się w oczy, a drugą objął chłopaka w talii. 
-Hunnie, mój najsłodszy skarbie, perełko, aniołku i wszystko inne na ziemi oraz poza. Kocham cię najmocniej na świecie, codziennie dziękuję Bogu, że mi cię zesłał. Kocham twoje rozczochrane włosy, lśniące oczy, uśmiech tak promienny jak słońce po ulewie, każdy twój ruch, gest, najdrobniejsze potknięcia i największe zwycięstwa. Muszę nadal wymieniać?
Sehun potrząsnął głową.
-Nigdy cię nie zostawię.
-Nigdy?
-Obiecuję.
-Pinky promise? 
Ze śmiechem złączyli małe palce, tak, jak robią to małe dzieci na podwórku. 
Znowu zatracili się w sobie, zapominając o wszystkim wokół. Cieszyli się każdym dotykiem, każdym westchnieniem i jęknięciem. Każdą sekundą i minutą. Czuli się w jak bajce, w której to oni są głównymi bohaterami. To była ICH powieść, każde kolejne słowo znaczyło następny, pełen miłości gest.
To było to uczucie, kiedy w końcu spotkało się najważniejszą osobę w życiu, przy której dni stawały się coraz to piękniejsze. 
Uczucie, które wytrwa wieczność.